oj, biorę się
za bloga.


jeżeli chcesz pomóc graficznie
lub pozostawić wiadomość:

gej.rblog
@gmail.com
między szczegółami dnia 2010-07-05 zanotowałem w dzienniku:

w niedzielnie poranki londyńskie centrum niczym nie różniło się od warszawskich weekendowych szarości. wiedziałem, że to pora kiedy obce miasto będzie w stanie czulej mnie do siebie przekonać, ale godziny mijały tak szybko na czułościach i uśmiechach, że nie chciałem tracić wspólnego czasu na zwiedzanie, którego nigdy nie lubiłem. o brzasku jednak piotr spał, a kolak potrzebował spaceru, więc wymknąłem się z domu, na tyle jednak niedyskretnie, że dołączyła do mnie rozbudzona serafina:
- utopijne życie w ameryce to fikcja, bez bagażu kontaktowych przygotowań kończy się na harówce. spójrz i nie dziw się, że nie wzruszają mnie wasze opowieści o tym, że się przepracowujecie z piortkiem – narzekała pokazując mi zniszczone dłonie.
wodziłem wzrokiem od zabudowy miasta, przez psa, po jej letnią sukienkę w kucyki. miała ja na sobie w dniu, w którym się poznaliśmy. szybko zdobyła moje serce:
- .. nawet na epilepsję nie mam czasu! – zażartowała w charakterystyczny dla siebie sposób – ja to ja, ale kaśka marnuje się podając burgery i syrop klonowy do lodów. czasami mi się wydaje, że robi to ze względu na mnie, a przecież ma dwie córki do utrzymania..
tak, sytuacja dziewcząt – mimo wiedzy, ile zaskórniaków uzbierały – nie przedstawiała się lekko, ale nie wtrącałem się. "sukces wymaga pracy", tymi słowami ukochanego kierowałem się w myślach i czynach. serafina nie miała stałego systemu wartości i raz po raz raziła bliskich zapadającymi w pamięć niespodziewanymi spostrzeżeniami:
- przyjaźń wygrała z amerykańskim snem. poznajemy nowy jork i jego mieszkańców, ale wieczorami i tak wzdychamy o twoją obecność – powiedziała nie patrząc na mnie ani razu i czochrając psa skręciła w ostatnią prostą do kamienicy piotra.
po kilku susach zdała sobie sprawę, że stanąłem w miejscu, więc zabujała się na wyprostowanych nogach i w trzech skokach chwyciła mnie w objęcia:
- po prostu klosz mamy sprawiał, że życie wydawało się prostsze – powiedziała krucho odlepiając się ode mnie – nie martw się, zaopiekuję się nią, a takich przyjemnych chwil jak ten weekend musi być więcej, dbajmy o to.
i tak znaleźliśmy się przy drzwiach. moja polska codzienność nie wymaga intensywnych umysłowych dywagacji nad życiem. robię to, co do mnie należy, staram się bynajmniej, ale natłok emocjonalności z ostatnich kilkudziesięciu godzin roztrzaskiwał mój wewnętrzny spokój raz za razem pomimo stabilizacji, jaką sobie wypracowałem. każdy brał mnie na bok i liczył na głębię, a ja w kilka chwil stałem się płycizną umysłową. kochałem ich jednak, każde jedno, całym sobą:
- w samą porę. pomyślałam, że skoro już jest dobrze to warto to cementować – powiedziała na powitanie katarzyna podając mi tacę z klasycznym angielskim śniadaniem.
ucałowałem jej policzek i spojrzałem na starania nad dopieszczeniem małego fiołka alpejskiego, który puszył się fioletami pomiędzy croissantem a mleczną kawą. prawie dwudziestodziewięcioletnia
, pełna ciepła i zupełnie nieodporna na zło świata, moja katarzyna. to od czasu jej wylotu moje życie wypełniło się pustką, relacje z innymi słabły, abym w końcu zaczął tułaczkę ze swoimi sekretami pośród egoizmu moich znajomych. być może nie dawałem sobie szansy na rozwój znajomości, stałem się przykry i zamknąłem się w sobie, gdzie pielęgnowałem jesień wrzosowisk moich tęsknot. w oczach przyjaciółki również widziałem wewnętrzną walkę, ale omówiliśmy już plany naprawcze i ruszymy w świat pełni wiary i motywacji do działania.. odłożyłem tacę na etażerkę kuchenną tuż przed drzwiami sypialni piotra. spojrzałem w lustro. szczęśliwy przestałem o siebie dbać, a on kochał coraz bardziej. klamka pyknęła cicho, wystarczyło, aby się ocknął:
- jest niedziela i wyłączyłem twój telefon. wierz mi, że możesz sobie na to pozwolić, świat i lojalność twoich pracowników nadal istnieją – przywitałem go kładąc tacę na szafce nocnej i wpraszając się w ciepło piernat.
patrzył na mnie bez słów gładząc swój zapuszczony na moją prośbę trzydniowy zarost. zanim wyczuł mój strach przed pęknięciem bańki mydlanej tego szczęścia uchwycił dłonią mój kark i gładził kciukiem policzek. płonąłem, wykorzystał to..

kiedy wróciłem do kuchni marzyłem o kaloriach i dobrym podkładzie, ale zanim zdążyłem zdobyć cokolwiek patrick i steven zdążyli uprzedzić dziewczyny informujące mnie o zagrożeniu ich niepożądaną o tej porze obecnością:
- niedzielnie dzień dobry cukiereczku – świergotał blondyn ste.
- całą noc się nie spało, mm? – zagaił ekscytujący się patrick.
szczerze? było mi już wszystko jedno, zległem obok serafiny, która podsunęła mi naleśniki pod nos, który ze zmęczenia mało w nich nie wylądował. tak, trzy godziny po spokojnym nocnym śnie byłem wyczerpany i nie miałem chęci bronić się przed zaczepkami, które miały mieć za chwilę moment kulminacyjny. z drzwi sypialni wyszedł piotr, będąc pewnym, że jesteśmy sami, co miałem sprawdzić:
- dobrze, że jesteś śpiochu. podaj nam naleśniki, bo oddałyśmy swoje rafałowi – wysłużyła się katarzyna, która w przeciwieństwie do mnie, aktywna bywała głównie z musu.
ów właśnie epitet stał się tematem głównym następnego kwadransa. serafina wychyliła głowę, aby zamiast pośladków chłopców obejrzeć sposób, w jaki piotr pokonał odległość od drzwi sypialni do lodówki. każdy jego kolejny krok pobudzał całą czwórkę gapiów i tylko kilka sekund zajęło mi utwierdzenie się w tym, że nie zakryję twarzy pustym talerzem katarzyny, bo inni zobaczą, że nie mam paznokci. gdy piotr mimowolnie poprawił bieliznę po wyjęciu jedzenia z lodówki zauważył to tylko steven, który ostatni zwrócił głowę w moją stronę, gdzie właśnie upadał kolejny mit, tym razem dotyczący braku rumieńców u mnie:
- oż kurczaczek, co ty mu zrobiłeś? – zapiszczał patrick.
- oj kochany, prawdziwy z ciebie brutal – zachichotała serafina cicho.
- klasyczny chód kaczuszki – powiedziała w kubek z kawą katarzyna również wyraźnie rozbawiona.
piotr nawet nie zdążył znaleźć sposobu, aby odwrócił ich uwagę od mojego zażenowania, gdy wybuchnęli salwą śmiechu. w sumie nie miałem się czego wstydzić, od dawna okazywaliśmy sobie z piotrem uczucia na wiele sposobów, a ten był po prostu szokujący dla innych, bardziej męczący i jednocześnie dawał nam ogrom poczucia zjednoczenia. wzruszyłem tylko ramionami i wsunąłem do ust widelec z nabitym naleśnikiem ociekającym syropem truskawkowym, chłopcom zelżały miny:
- zazdrośnicy – usłyszeliśmy głos piotra spod lodówki, śmiało jadł zimną przeznaczoną dla dziewczyn wysyłając mi buziaka po skończonym kęsie.
podniósł się raban, który zagłuszył szczekanie psa witającego swoją panią:
- czy wy w ogóle opuściliście tą kuchnię od czasu, kiedy was tu zostawiłam? – zapytała od progu mama piotra, która ucałowała syna.
- i to jak! – syknęła serafina zadając mi kuksaniec w bok.
chichotom chłopców nie było końca, ale w końcu ucałowali mamę piotra w oba policzki i pobiegli do baru, w którym się stołowali. kobieta zajęła miejsce stole obok nas pytając syna, dlaczego stoi. tu dziewczęta spojrzały po sobie tak, aby widział, a ja błagałem je wzrokiem, aby darowały sobie uszczypliwości. na widok kilku kroków, które piotr wykonał, aby usiąść jego mama podniosła brew, ale nie odezwała się:
- dobrze, że pani wróciła zanim chłopcy zjedli wszystkie gofry – powiedziała katarzyna ucinając poprzedni nadal kłopoczący mnie temat i wstała, aby podać śniadanie podróżniczce.
stół wypełnił się pysznościami i ciepłem herbaty, której sobie nie żałowałem. gaworzyliśmy dwie godziny podczas których przypomniałem sobie na nowo, jak dobrze jest mieć ich wszystkich obok siebie i jak boję się tego, co miało nastąpić lada chwila:
- okej koleżanko, czas się pakować, zostawmy trochę marzeń na później – uśmiechnęła się katarzyna i wstając potarmosiła włosy serafiny, z która wyszła z kuchni.
- błyskawicznie sprawdzę e-maile i wracam – powiedział piotr wiedząc, że nie zacznę swoich gadań o tym, że praca może poczekać przy jego mamie i zdrowszym krokiem zniknął w drzwiach sypialni.
zapadła cisza wypełniona parą z dzbanka na herbatę i dusznym przesłodzonym zapachem syropów, którymi polewano tu wszystko. mama piotra rozpuściła włosy i podwinęła rękawy lnianej koszuli:
- kiedy dowiedziałam się, że piotr dostał propozycję awansu, a ty zawahałeś się, aby poświęcić bezpieczne miejsce dla niego, byłam tobie przeciwna – wystrzeliła nieoczekiwanie.
dokładnie pamiętałem sytuację i nagłą zmianę nastawienia, która mnie bolała. przestraszyłem się perspektywy emigracji i zrujnowałem mój prawie dwuletni szczęśliwy związek. nie rozumiałem teraz intencji jej słów, ale zabolały mnie na nowo:
- w chwili, gdy pojawiłeś się w jego życiu i zgodziłeś się na spotkanie zeszłam na drugi plan, jeszcze tego wieczoru słuchałam tylko słów, w których dorównywałeś półbogom. wierzyłam, że zostaniesz daleko od niego, a ja odzyskam jedynego ukochanego syna. nie stało się tak jednak, markotniał z każdym dniem, oddał całego siebie pracy, która go wyniszcza, nie winił mnie za nic, ale potrafił nie zamienić ze mną całymi dniami nawet słowa – mówiła patrząc w dal osnuta parą herbaty – nadal potrafię cię nie znosić, ale nie mogę nie uznać twojej roli w szczęściu piotra, jesteś teraz moim kompromisem w relacjach z własnym dzieckiem i wierzę, że już go nie skrzywdzisz, nie zasługuje na to – tu spojrzała na mnie cieplej.
oczyszczały się ostatnie z relacji, droga do szczęścia zdawała się być coraz prostsza, ale musiałem nabrać dystansu do słów i gestów przed podjęciem jakichkolwiek decyzji, bo każda kolejna miała mieć wyższy status. uścisnąłem dłoń kobiety, którą szczerze podziwiałem i ukryłem się przed światem w sypialni mojego chłopca, wciąż nagrzanej dziką namiętnością. siedział na łóżku z notebookiem na kolanach:
- chodź do mnie.
usiadłem obok i chciałem się podzielić z nim słowami jego matki, ale nie wiedziałem, co powiedzieć.
- popatrz.
przede mną była wyświetlona strona bankowości internetowej jednego z brytyjskich banków. palec piotra wskazywał kwotę około dwóch tysięcy jednostek walutowych:
- masz na dwa miesiące życia tu?
- to lokata oszczędnościowa, rachunek główny jest tu.
był podany w funtach, pięciocyfrowa spora kwota. wyłączył komputer i zwrócił się do mnie, oniemiałego:
- nie chcę, abyś oddawał swoją wolność i możliwość wyboru tak łatwo. umówmy się, że damy sprawom kwartał. u mnie to ważny wakacyjny kwartał, po nim mogę już nie mieć pracy i wyboru, dopóki mam pieniądze mogę spokojnie wrócić do kraju. w tym czasie ty ustabilizujesz swoją codzienność i podejmiesz decyzję. obiecaj, że nie będziemy widzieć się rzadziej niż co dwa tygodnie, i że to.. – tu powiódł swoją dłonią od mojego kolana w górę przez udo – będzie się powtarzać.
opadliśmy na łóżko, ślepo zgodziłem się na wszystko, dopiero później uwierzyłem w uczciwość takich postanowień z obu stron. położył głowę na mojej klatce piersiowej i błyskawicznie zasnął. patrzyłem na sufit rozmyślając, miałem przed oczami galopujące kucyki z sukienki serafiny, czułość, jaką katarzyna okazywała każdemu gestowi córek, finanse piotra i zen, które osiągnąłem podczas porannego seksu. ogrom doświadczeń i odczuć zdawał się zwiększając moją masę zapadającą się w pościeli. zaczynała pachnieć mną, ostatnią myślą przed zaśnięciem była opowieść babci o konsekwencjach oswajania świata wokół nas..


                              




między szczegółami dnia 2010-07-03 zanotowałem w dzienniku:

miejsce przy oknie w samolocie podczas pierwszej nim podróży nie cieszyło mnie tego ważnego dnia. walka z sennością ustąpiła bólowi, do którego skutecznie nie przyznawałem się obsłudze lotu. nie spodziewałem się, że wysoko w powietrzu mogą się nasilić moje problemy z płucami, nikt mnie o nic takiego nie pytał, a nie chciałem robić większej szopki niż ta odegrana na lotnisku podczas odprawy. katorga trwała ponad godzinę, po której na kolanach dziękowałem niebiosom, że oddała mnie ziemi:
- wszystko w porządku? – zapytała po angielsku stewardessa podnosząc mnie z klęczek.
chciałem otworzyć usta dziękując, ale ból przesył moją klatkę piersiową i już nie mogłem zatrzymać narastającego tłoku. mężczyzna odganiający ode mnie gapiów zapytał o mój dowód i paszport, aby wezwać pogotowie. walcząc z ciśnieniowym bólem szukałem angielskich słów do opowiedzenia historii o zatrzymaniu moich dokumentów przez policję. podałem człowiekowi pismo, które zezwalało na mój wylot i wzrokiem szukałem najbliższej twarzy. kilkadziesiąt metrów dalej rumor wzbudził uwagę wątłej kobiety, która uderzając obcasami o posadzkę terminalu podbiegła do tłumu i rozpędzając go znalazła się tuż przy mnie:
- mamo.. – wyszeptałem odzyskując jaźń czerpaną ze świeżym powietrzem.
mama piotra walecznie wykłócała się z pracownikami lotniska, po kilku chwilach wyrwała dokument pobytu i podnosząc mnie zawiodła nas pod samochód:
- trochę mi wstyd.. – zacząłem zmieszany siedząc już na miejscu pasażera..
- spodziewałam się, że zrobisz cyrk, ale musisz na siebie uważać – powiedziała pomagając zapiąć mi pas – jak płuco? – dodała pieszczotliwie.
- w porządku, dziękuję.
do szyby kierowcy zapukał młody chłopiec pokazując moją torbę. mama piotra wysiadła, podziękowała i ulokowała bagaż w samochodzie. kiedy odwróciłem się, aby spojrzeć jak zamyka bagażnik poczułem zapach jego perfum wtarty w oparcie głowy samochodowego siedziska. nie zapytałem, dlaczego to nie on mnie odbiera:
- szczerze mówiąc to nie sądziłam, że to kiedykolwiek się stanie, a tu proszę – jesteś..
stresowała się nie mniej niż ja, ale oboje byliśmy nauczeni etykiety i nie wyrywaliśmy się w okazywaniu emocji. zamiast podziwiać miejskie krajobrazy londynu oddałem się ciepłu wspomnień zapatrzony we własne uda, płuco uspokoiło się..
- przyjechali – z drzwi ciągu kamienic wyskoczyła serafina kończąc serię podskoków w moich ramionach.
mocno tuliłem przyjaciółkę pachnącą arbuzem:
- spokojnie, jest trochę obolały – powiedziała mama piotra podając moje bagaże rosłemu młodemu mężczyźnie, za którego wyłoniła się wzruszona katarzyna.
i ją przytuliłem tak, jakbym jednym uściskiem chciał nadrobić wszystkie te miesiące rozłąki. moje dwie najbliższe przyjaciółki były przy mnie, aby pomóc mi znieść poznanie świata, którego się bałem i który był jednocześnie życiem mojego ukochanego:
- tak tęskniłam – szepnęła katarzyna, gdy całą grupą weszliśmy do domu, który miał mnie przekonać sobą o swojej gościnności.
- daniel. to prawdziwa przyjemność cię poznać – chłopiec od walizek podał mi rękę na powitanie oferując miejsce przy narożniku kuchennym, bezpiecznie zdystansowane.
dziewczęta natychmiast zajęły miejsca obok mnie z dwóch stron. słyszałem wiele o danielu, ale teraz byłem zbity z tropu i nie rozumiałem, jaką funkcję pełni w życiu piotra, jednakże jego zaokrąglona postura sprawiała, że czułem się spokojniejszy. zanim zdążyłem nachylić się nad katarzyną, aby podpytać, co się tu dzieje i gdzie jest piotr do kuchni wpadła trzyosobowa zgraja głośnych chłopców, których wygląd z miejsca poruszył podkłady mojej głęboko skrywanej podejrzliwości:
- zaraz będzie – syknęła serafina czytając mi w myślach i wstając, aby przywitać chłopców, którzy jeden po drugim podawali mi dłonie bacznie obserwując moje reakcje.
katarzyna po krótce i po polsku wytłumaczyła mi, kim są chłopcy, ale szelmowski uśmiech wątłego blondyna wpływał negatywnie na moją pewność siebie i dopiero świadomość, że wyglądam jak spłoszona łania dodała mi werwy. mówili slangiem, ale to my mieliśmy przewagę, bo katarzyna sprawnie tłumaczyła, o czym mówią udając, że my rozmawiamy na zupełnie inny temat. oni polskiego nie rozumieli. daniel zaśmiał się w kubek herbaty wzbijając napar, przez co mogłem przypuszczać, że on perfekcyjnie zna mój rodzimy język. patrzył schlebiająco, chłopcy komplementowali mnie między sobą. zazdrościłem im każdej rysy twarzy:
- wrócę pod koniec weekendu, dbajcie o niego – powiedziała mama piotra całując mnie w czoło i opuściła dom, skonsternowałem się na nowo.
- podobno często jej się to zdarza, musisz wiedzieć, że.. – zaczęła katarzyna, ale przerwała, gdy w drzwiach kuchni niespodziewanie stanął piotr.
zmierzył wzrokiem zgromadzonych i kiedy odnalazł mnie wzrokiem ciało miałem już w drgawkach, które szybko ukoił uściskiem:
- jesteś.. – przycisnął mnie mocno do siebie, czułem jego fizyczne zmęczenie.
obezwładniała mnie obecność tylu świadków naszej intymności, ale nawet to nie mogło powstrzymać odczucia, że coś jest nie tak. ciało piotra było inne, a kiedy wziął moją twarz w dłonie i spojrzałem na niego bliżej zauważyłem jak bardzo ma zapadnięte policzki. rzadko pozwalał też sobie na taką emocjonalność:
- o ile sobie przypominam zapraszałem was na kolację, a nie obiad – powiedział piotr do chłopców.
- nie mogliśmy doczekać się deseru – powiedział brunet o przenikliwym spojrzeniu.
- nie możemy go od razu przywiązać do łóżka, tak, aby został? jest taki słodki– dodał blondyn.
uśmiechnąłem się, a kiedy wróciłem pomiędzy dziewczyny serafina uścisnęła moją dłoń pod stołem:
- zgarniasz wszystko. to przez idealnie nałożony róż do policzków – zabawiła mnie przyjaciółka.
uśmiechnąłem się może nazbyt głośno, ale kontrolowałem mimikę, więc zdobyłem radością sympatię zgromadzonych. poczułem się pewniej. piotr spojrzał na mnie szczęśliwymi oczami wypełniającymi tęsknotę i pustkę. dźwięk telefonu przerwał tą przyjemną zawieszoną w czasie chwilę. wszyscy zachowali się tak, jakby nigdy nie słyszeli dzwoniącego telefonu, dopiero po chwili spostrzegłem, o co chodzi. piotr odrzucił połączenie, ale wiedziałem, że zrobił to z wyrzutem sumienia. pozostali spoglądali to na mnie, to na niego, jakby szukając wzorców zachowań, wtedy zrozumiałem. dokładnie wiedzieli, dlaczego ten dzień jest taki ważny. wiedzieli również, dlaczego wszyscy czekali na niego tak długo. dwa lata temu biznes, który napędzał rozwój mojej znajomości z piotrem rozpadł się, gdy nie zdecydowałem się wyjechać za granicę. podzielenie biznesu okazało się nie do przeskoczenia dla pojedynczej osoby i tak od kilku miesięcy szarpiemy się każdy ze swoją częścią niespełnieni uczuciowo. kilkudniowy wyjazd prawdopodobnie oznaczał, że moja praca podupadnie, wiedziałem też, że nie mogę absorbować piotra, bo on ma jeszcze więcej obowiązków. rozum nakazywał brnąć w zarabianie pieniędzy na byt, serce każdego z nas tak bardzo pragnęło drugiego, na wynik ich konfrontacji czekali wszyscy obecni w kuchni:
- jestem głodny.. – powiedziałem cicho.
chłopcy poderwali się z miejsca:
- o nie, więc on jednak je - zaczął panikować blondyn.
okazało się, że studiuje balet i musi zgubić jeszcze ze dwa kilo, aby wziąć udział w brytyjskich mistrzostwach. zakrawało to o anoreksję, ale on niestrudzenie nie jadł i teraz wyszedł zabierając ze sobą chłopca, który głównie się uśmiechał. brunet zajął miejsce daniela, który wstał i skierował się w stronę lodówki. pomogła mu katarzyna, a piotr usiadł obok i podając mi dłoń zapytał jak podróż. opowiedziałem, co się stało, na co wstał i wyszedł obiecując przynieść rozprężacz do płuc. nie rozumiałem, po co ten alarm, ale chciałem być grzeczny, więc wziąłem talerz od daniela i zacząłem pałaszować. jedzenie z pewnością nie było przyrządzone przez piotra, ale nie byłem zdziwiony. część mieszkania, którą już widziałem była pedantycznie czysta, co też nie leży w naturze mojego chłopca. patrzyłem, jak brunet idealnie rozkłada serwetę na udach i zmrużyłem oczy doszukując się szwindli. jeżeli to on sprzątał mieszkanie i gotował tu to nie podobało mi się, że padło tyle przemilczeń podczas moich rozmów telefonicznych z piotrem. serafina znała mnie dobrze, więc znowu wyczuła, że odczuwam dyskomfort. wskazała daniela, na którego nie zwracałem szczególnej uwagi, polerował widelec delikatną chusteczką trzymaną w butonierce kamizelki. perfekcyjnie ułożył go potem obok talerza i zanim zaczął jeść rozczulił się nad mięsem i warzywami jak nad niemowlęciem. wygładził nawet miejsce na siedzisku narożnika. przyjaciółka miała rację, to nie brunet był tu pedantyczną pomocą domową:
- dziękuję danielu, za kilka chwil wrócę – uśmiechnąłem się do chłopców i otworzyłem drzwi, za którymi kilka minut wcześniej zniknął piotr.
zanim katarzyna zdążyła złapać mnie za dłoń, aby powstrzymać mój szok, byłem już sparaliżowany tym, co zobaczyłem. zamknąłem drzwi tuż przed nosem powierniczki moich sekretów i starałem się złapać oddech. znajdowałem się w sypialni piotra, rozkosznie urządzonej i bijącej ciepłem. przepychowi brakowało tu duszności, a słońce zza okna ozłacało wielkie łóżko. nad wezgłowiem znajdował się plakat wtopiony w ścianę nieznaną dla mnie techniką. na plakacie byłem ja. dobrze pamiętam to zdjęcie, często powtarzał, że je lubi, a ta czuła dekoracja nie pozostawiała złudzeń brunetom, blondynom i wszystkim innym do kogo należy serce gospodarza domu. oparłem się o drzwi patrząc, jak uśmiecham się tajemniczo sam do siebie ubrany w koronki. mógłbym prawie przypomnieć sobie ogrom szczęścia, który mnie wtedy wypełniał. wszystkie ściany sypialni otoczyłem teraz wzruszeniem. tą, o którą byłem wsparty, z drzwiami do kuchni. ścianę z oknem, za którym niespiesznie zapadał zmierzch. ścianę z najczulszym wyrazem miłości, jakim obdarzył mnie do tej pory kochanek i ostatnią, z tajemniczymi drzwiami, które intrygowały mnie już za bardzo. podszedłem i cicho nacisnąłem klamkę. jasność o barwie róży i fioletów otuliła moją ciekawską twarz. znalazłem się w maleńkim pokoiku z pojedynczym łóżkiem i dwoma kredensikami. przy jednym z nich stał piotr nad albumem ze zdjęciami, który mu kiedyś podarowałem:
- nie wiedziałem, że będzie tak ciężko – powiedział i poprosił, abym usiadł na łóżku, co sam też uczynił odsuwając rozprężacz – to twój pokój. można się do niego dostać tylko pokonując moją sypialnię – będę cię strzegł. wierzę, że będzie ci się tu dobrze żyło, nawet te kilka dni..
był zmęczony. wiedziałem, że ciężko będzie znaleźć jakikolwiek moment, w którym moglibyśmy pozwolić sobie na beztroskę. codzienne zobowiązania gryzły nasze sumienia, odbierając radość z codzienności, którą i tak wypełniała tylko pustka i pragnienie bliskości:
- nie chciałem ci o tym mówić – pokazał żylaste dłonie – mama wyrzuca mi, że za dużo pracuję, ale nie mogę inaczej utrzymać tego w ryzach. mój najbliższy przyjaciel zajmuje się domem. nie mógłbym ci teraz niczego zapewnić, a chcę się tobą zaopiekować.
położyłem się na łóżko i lekko położyłem jego głowę na swoich piersiach. wyciszyłem słowa i pieściłem jego włosy. niespiesznie mówiłem, że jest jedyną siła napędową moich działań. wypełnia moje myśli, którymi tuli mnie do snu podczas samotnych nocy. nawet będąc setki kilometrów ode mnie jest całym moich życiem. słuchał, mówiłem..
- to niegrzeczne, że zostawiliśmy innych. mamy kilka dni, pozwól, że się obędę – powiedziałem po kilkunastu minutach.
wstaliśmy i udaliśmy się do kuchni przez sypialnię piotra. przed drzwiami, które dzieliły nas od innych, którzy prawdopodobnie skorzystali z obecności lobby zatrzymał się i tuląc wymieniliśmy kilka pocałunków. wlewał w czułości tyle uczuć, jakby bał się, że stał się dla mnie nieatrakcyjny. cicho docisnąłem go ciałem do drzwi i przekręciłem zamek pod klamką:
- przez wszystkie te dni tak bardzo cię pragnąłem – wyszeptałem oddalając się.
zdjąłem koszulkę, patrzyłem, jak rozpina koszulę. to co zobaczyłem wzbudziło we mnie szczery zachwyt, co podniosło go na duchu. mój uśmiech na zdjęciu prawdopodobnie nigdy nie był tak bezczelnie zawadiacki..

to był gorący wieczór. siedzieliśmy obaj na parapecie okna jego sypialni, pomiędzy drabinkami i balkonami przeciwpożarowymi:
- obiecuję być mniej defensywny. nie chcę tak, chcę być z tobą i dalsza rozłąka nie ma sensu. nie jestem w stanie poradzić sobie sam z obowiązkami, a tu zarobię więcej i odciążę ciebie. jeżeli naprawdę nie ma szans, abyś wrócił do kraju ulegnę i porzucę swoje życie dla ciebie – zadeklarowałem.
wiedziałem, że trudno mu będzie uwierzyć w moje słowa, na które czekał miesiącami, ale byłem ich świadomy i wiedziałem, że tylko razem jesteśmy w stanie być szczęśliwi. spojrzał na mnie nadal rozmazany puchem namiętności. mocno ścisnął moją dłoń. nieopodal słyszeliśmy głosy naszych przyjaciół śmiejących się nad drinkami. gdzieś zawodził kot, było bezpiecznie i spokojnie. pocałowałem jego nagrzany policzek:
- kocham cię.
potęga tych słów w moich ustach rozgromiła jego spokój. poderwał się i uniósł mnie wysoko nad ziemię. moje pierwsze wyznanie miłości drugiemu człowiekowi nie mogło się bezpłciowo skończyć, ale obrotu spraw, które nastąpiły się nie spodziewałem:
- przepraszam cię, muszę ochłonąć – powiedział zapłakany.
pocałował mnie i prawie wybiegł z pokoju. oniemiały zostałem w tym uroczym miejscu, założyłem jedne ze swoich dawnych szortów, które trzymał u siebie i ruszyłem za nim. na progu domu zatrzymała mnie serafina:
- przed chwilą mną potrząsał krzycząc, że to powiedziałeś. jest teraz chudszy od ciebie, a werwy miał jak kulturysta. co takiego powiedziałeś? – zapytała.
katarzyna podeszła do nas, ucałowała mój policzek i uśmiechem uznała moje poczynania:
- sam przed sobą przyznałem się do tego uczucia. jest gorzej, to szczera prawda i nie mam zielonego pojęcia, co z nią teraz zrobimy – odparłem – jestem pewien, że chcę być z nim i teraz ponoszę odpowiedzialność za to, że biega wpółubrany po centrum londynu.
zaśmialiśmy się, dołączył do nas patrick, brunet, który teraz wydał mi się bardziej przyjacielski:
- miał rację co do tych kształtów, spójrzcie jakie ma nogi – powiedział wskazując moje blade uda.
spojrzałem ze zrozumieniem i zrobiłem dwa kroki przed siebie. katarzyna złapała moje ramię i odwracając mocno mnie przytuliła:
- jak dobrze, że jesteś..
odchylając od niej głowę uśmiechnąłem cię całą serdecznością, na jaką zasługuje i ruszyłem za piotrem. pobiegł za mną kolak dostojewskich. łatwo naprowadził mnie na swojego właściciela. uchwyciłem się ramiona piotra jak zawsze ciesząc się wtedy, że jest ode mnie wyższy o kilkanaście centymetrów. miasto wyglądało przyjemnie. bałem się na wyrost. było tu intensywnie i kosmopolitycznie, ale czym jest to przy świadomości, że budziłby się przy mnie codziennie rano? zatopił nos w moich włosach zaciągając się ich zapachem, przerzucił dłoń przez mój kark i przyciągnął do siebie, ucałował skroń:
- kocham cię.
niewiele pamiętam z później, ale ludzie nazywają to szczęściem..