w niedzielnie poranki londyńskie centrum niczym nie różniło się od
warszawskich weekendowych szarości. wiedziałem, że to pora kiedy obce
miasto będzie w stanie czulej mnie do siebie przekonać, ale godziny
mijały tak szybko na czułościach i uśmiechach, że nie chciałem tracić
wspólnego czasu na zwiedzanie, którego nigdy nie lubiłem. o brzasku
jednak piotr spał, a kolak potrzebował spaceru, więc wymknąłem się z
domu, na tyle jednak niedyskretnie, że dołączyła do mnie rozbudzona
serafina:
- utopijne życie w ameryce to fikcja, bez bagażu kontaktowych
przygotowań kończy się na harówce. spójrz i nie dziw się, że nie
wzruszają mnie wasze opowieści o tym, że się przepracowujecie z
piortkiem – narzekała pokazując mi zniszczone dłonie.
wodziłem wzrokiem od zabudowy miasta, przez psa, po jej letnią sukienkę w
kucyki. miała ja na sobie w dniu, w którym się poznaliśmy. szybko
zdobyła moje serce:
- .. nawet na epilepsję nie mam czasu! – zażartowała w charakterystyczny
dla siebie sposób – ja to ja, ale kaśka marnuje się podając burgery i
syrop klonowy do lodów. czasami mi się wydaje, że robi to ze względu na
mnie, a przecież ma dwie córki do utrzymania..
tak, sytuacja dziewcząt – mimo wiedzy, ile zaskórniaków uzbierały – nie
przedstawiała się lekko, ale nie wtrącałem się. "sukces wymaga pracy",
tymi słowami ukochanego kierowałem się w myślach i czynach. serafina nie
miała stałego systemu wartości i raz po raz raziła bliskich
zapadającymi w pamięć niespodziewanymi spostrzeżeniami:
- przyjaźń wygrała z amerykańskim snem. poznajemy nowy jork i jego
mieszkańców, ale wieczorami i tak wzdychamy o twoją obecność –
powiedziała nie patrząc na mnie ani razu i czochrając psa skręciła w
ostatnią prostą do kamienicy piotra.
po kilku susach zdała sobie sprawę, że stanąłem w miejscu, więc zabujała
się na wyprostowanych nogach i w trzech skokach chwyciła mnie w
objęcia:
- po prostu klosz mamy sprawiał, że życie wydawało się prostsze –
powiedziała krucho odlepiając się ode mnie – nie martw się, zaopiekuję
się nią, a takich przyjemnych chwil jak ten weekend musi być więcej,
dbajmy o to.
i tak znaleźliśmy się przy drzwiach. moja polska codzienność nie wymaga
intensywnych umysłowych dywagacji nad życiem. robię to, co do mnie
należy, staram się bynajmniej, ale natłok emocjonalności z ostatnich
kilkudziesięciu godzin roztrzaskiwał mój wewnętrzny spokój raz za razem
pomimo stabilizacji, jaką sobie wypracowałem. każdy brał mnie na bok i
liczył na głębię, a ja w kilka chwil stałem się płycizną umysłową.
kochałem ich jednak, każde jedno, całym sobą:
- w samą porę. pomyślałam, że skoro już jest dobrze to warto to
cementować – powiedziała na powitanie katarzyna podając mi tacę z
klasycznym angielskim śniadaniem.
ucałowałem jej policzek i spojrzałem na starania nad dopieszczeniem
małego fiołka alpejskiego, który puszył się fioletami pomiędzy
croissantem a mleczną kawą. prawie dwudziestodziewięcioletnia
, pełna ciepła i zupełnie nieodporna na zło
świata, moja katarzyna. to od czasu jej wylotu moje życie wypełniło się
pustką, relacje z innymi słabły, abym w końcu zaczął tułaczkę ze swoimi
sekretami pośród egoizmu moich znajomych. być może nie dawałem sobie
szansy na rozwój znajomości, stałem się przykry i zamknąłem się w sobie,
gdzie pielęgnowałem jesień wrzosowisk moich tęsknot. w oczach
przyjaciółki również widziałem wewnętrzną walkę, ale omówiliśmy już
plany naprawcze i ruszymy w świat pełni wiary i motywacji do działania..
odłożyłem tacę na etażerkę kuchenną tuż przed drzwiami sypialni piotra.
spojrzałem w lustro. szczęśliwy przestałem o siebie dbać, a on kochał
coraz bardziej. klamka pyknęła cicho, wystarczyło, aby się ocknął:
- jest niedziela i wyłączyłem twój telefon. wierz mi, że możesz sobie na
to pozwolić, świat i lojalność twoich pracowników nadal istnieją –
przywitałem go kładąc tacę na szafce nocnej i wpraszając się w ciepło
piernat.
patrzył na mnie bez słów gładząc swój zapuszczony na moją prośbę
trzydniowy zarost. zanim wyczuł mój strach przed pęknięciem bańki
mydlanej tego szczęścia uchwycił dłonią mój kark i gładził kciukiem
policzek. płonąłem, wykorzystał to..
kiedy wróciłem do kuchni marzyłem o kaloriach i dobrym podkładzie, ale
zanim zdążyłem zdobyć cokolwiek patrick i steven zdążyli uprzedzić
dziewczyny informujące mnie o zagrożeniu ich niepożądaną o tej porze
obecnością:
- niedzielnie dzień dobry cukiereczku – świergotał blondyn ste.
- całą noc się nie spało, mm? – zagaił ekscytujący się patrick.
szczerze? było mi już wszystko jedno, zległem obok serafiny, która
podsunęła mi naleśniki pod nos, który ze zmęczenia mało w nich nie
wylądował. tak, trzy godziny po spokojnym nocnym śnie byłem wyczerpany i
nie miałem chęci bronić się przed zaczepkami, które miały mieć za
chwilę moment kulminacyjny. z drzwi sypialni wyszedł piotr, będąc
pewnym, że jesteśmy sami, co miałem sprawdzić:
- dobrze, że jesteś śpiochu. podaj nam naleśniki, bo oddałyśmy swoje
rafałowi – wysłużyła się katarzyna, która w przeciwieństwie do mnie,
aktywna bywała głównie z musu.
ów właśnie epitet stał się tematem głównym następnego kwadransa.
serafina wychyliła głowę, aby zamiast pośladków chłopców obejrzeć
sposób, w jaki piotr pokonał odległość od drzwi sypialni do lodówki.
każdy jego kolejny krok pobudzał całą czwórkę gapiów i tylko kilka
sekund zajęło mi utwierdzenie się w tym, że nie zakryję twarzy pustym
talerzem katarzyny, bo inni zobaczą, że nie mam paznokci. gdy piotr
mimowolnie poprawił bieliznę po wyjęciu jedzenia z lodówki zauważył to
tylko steven, który ostatni zwrócił głowę w moją stronę, gdzie właśnie
upadał kolejny mit, tym razem dotyczący braku rumieńców u mnie:
- oż kurczaczek, co ty mu zrobiłeś? – zapiszczał patrick.
- oj kochany, prawdziwy z ciebie brutal – zachichotała serafina cicho.
- klasyczny chód kaczuszki – powiedziała w kubek z kawą katarzyna
również wyraźnie rozbawiona.
piotr nawet nie zdążył znaleźć sposobu, aby odwrócił ich uwagę od mojego
zażenowania, gdy wybuchnęli salwą śmiechu. w sumie nie miałem się czego
wstydzić, od dawna okazywaliśmy sobie z piotrem uczucia na wiele
sposobów, a ten był po prostu szokujący dla innych, bardziej męczący i
jednocześnie dawał nam ogrom poczucia zjednoczenia. wzruszyłem tylko
ramionami i wsunąłem do ust widelec z nabitym naleśnikiem ociekającym
syropem truskawkowym, chłopcom zelżały miny:
- zazdrośnicy – usłyszeliśmy głos piotra spod lodówki, śmiało jadł zimną
przeznaczoną dla dziewczyn wysyłając mi buziaka po skończonym kęsie.
podniósł się raban, który zagłuszył szczekanie psa witającego swoją
panią:
- czy wy w ogóle opuściliście tą kuchnię od czasu, kiedy was tu
zostawiłam? – zapytała od progu mama piotra, która ucałowała syna.
- i to jak! – syknęła serafina zadając mi kuksaniec w bok.
chichotom chłopców nie było końca, ale w końcu ucałowali mamę piotra w
oba policzki i pobiegli do baru, w którym się stołowali. kobieta zajęła
miejsce stole obok nas pytając syna, dlaczego stoi. tu dziewczęta
spojrzały po sobie tak, aby widział, a ja błagałem je wzrokiem, aby
darowały sobie uszczypliwości. na widok kilku kroków, które piotr
wykonał, aby usiąść jego mama podniosła brew, ale nie odezwała się:
- dobrze, że pani wróciła zanim chłopcy zjedli wszystkie gofry –
powiedziała katarzyna ucinając poprzedni nadal kłopoczący mnie temat i
wstała, aby podać śniadanie podróżniczce.
stół wypełnił się pysznościami i ciepłem herbaty, której sobie nie
żałowałem. gaworzyliśmy dwie godziny podczas których przypomniałem sobie
na nowo, jak dobrze jest mieć ich wszystkich obok siebie i jak boję się
tego, co miało nastąpić lada chwila:
- okej koleżanko, czas się pakować, zostawmy trochę marzeń na później –
uśmiechnęła się katarzyna i wstając potarmosiła włosy serafiny, z która
wyszła z kuchni.
- błyskawicznie sprawdzę e-maile i wracam – powiedział piotr wiedząc, że
nie zacznę swoich gadań o tym, że praca może poczekać przy jego mamie i
zdrowszym krokiem zniknął w drzwiach sypialni.
zapadła cisza wypełniona parą z dzbanka na herbatę i dusznym
przesłodzonym zapachem syropów, którymi polewano tu wszystko. mama
piotra rozpuściła włosy i podwinęła rękawy lnianej koszuli:
- kiedy dowiedziałam się, że piotr dostał propozycję awansu, a ty
zawahałeś się, aby poświęcić bezpieczne miejsce dla niego, byłam tobie
przeciwna – wystrzeliła nieoczekiwanie.
dokładnie pamiętałem sytuację i nagłą zmianę nastawienia, która mnie
bolała. przestraszyłem się perspektywy emigracji i zrujnowałem mój
prawie dwuletni szczęśliwy związek. nie rozumiałem teraz intencji jej
słów, ale zabolały mnie na nowo:
- w chwili, gdy pojawiłeś się w jego życiu i zgodziłeś się na spotkanie
zeszłam na drugi plan, jeszcze tego wieczoru słuchałam tylko słów, w
których dorównywałeś półbogom. wierzyłam, że zostaniesz daleko od niego,
a ja odzyskam jedynego ukochanego syna. nie stało się tak jednak,
markotniał z każdym dniem, oddał całego siebie pracy, która go
wyniszcza, nie winił mnie za nic, ale potrafił nie zamienić ze mną
całymi dniami nawet słowa – mówiła patrząc w dal osnuta parą herbaty –
nadal potrafię cię nie znosić, ale nie mogę nie uznać twojej roli w
szczęściu piotra, jesteś teraz moim kompromisem w relacjach z własnym
dzieckiem i wierzę, że już go nie skrzywdzisz, nie zasługuje na to – tu
spojrzała na mnie cieplej.
oczyszczały się ostatnie z relacji, droga do szczęścia zdawała się być
coraz prostsza, ale musiałem nabrać dystansu do słów i gestów przed
podjęciem jakichkolwiek decyzji, bo każda kolejna miała mieć wyższy
status. uścisnąłem dłoń kobiety, którą szczerze podziwiałem i ukryłem
się przed światem w sypialni mojego chłopca, wciąż nagrzanej dziką
namiętnością. siedział na łóżku z notebookiem na kolanach:
- chodź do mnie.
usiadłem obok i chciałem się podzielić z nim słowami jego matki, ale nie
wiedziałem, co powiedzieć.
- popatrz.
przede mną była wyświetlona strona bankowości internetowej jednego z
brytyjskich banków. palec piotra wskazywał kwotę około dwóch tysięcy
jednostek walutowych:
- masz na dwa miesiące życia tu?
- to lokata oszczędnościowa, rachunek główny jest tu.
był podany w funtach, pięciocyfrowa spora kwota. wyłączył komputer i
zwrócił się do mnie, oniemiałego:
- nie chcę, abyś oddawał swoją wolność i możliwość wyboru tak łatwo.
umówmy się, że damy sprawom kwartał. u mnie to ważny wakacyjny kwartał,
po nim mogę już nie mieć pracy i wyboru, dopóki mam pieniądze mogę
spokojnie wrócić do kraju. w tym czasie ty ustabilizujesz swoją
codzienność i podejmiesz decyzję. obiecaj, że nie będziemy widzieć się
rzadziej niż co dwa tygodnie, i że to.. – tu powiódł swoją dłonią od
mojego kolana w górę przez udo – będzie się powtarzać.
opadliśmy na łóżko, ślepo zgodziłem się na wszystko, dopiero później
uwierzyłem w uczciwość takich postanowień z obu stron. położył głowę na
mojej klatce piersiowej i błyskawicznie zasnął. patrzyłem na sufit
rozmyślając, miałem przed oczami galopujące kucyki z sukienki serafiny,
czułość, jaką katarzyna okazywała każdemu gestowi córek, finanse piotra i
zen, które osiągnąłem podczas porannego seksu. ogrom doświadczeń i
odczuć zdawał się zwiększając moją masę zapadającą się w pościeli.
zaczynała pachnieć mną, ostatnią myślą przed zaśnięciem była opowieść
babci o konsekwencjach oswajania świata wokół nas..